Archiwa tagu: felieton

Za kurtyną kampanii

Niemal każdy kampania wyborcza budzi emocje. W przypadku  wyborów prezydenckich jest to jak najbardziej uzasadnione, chodzi bowiem o wybór najważniejszej osoby w państwie. Osoby, która będzie reprezentowała je na zewnątrz, broniła interesu państwa w stosunkach międzynarodowych oraz dbała o rację stanu i wewnętrzy kształt sceny politycznej, a za tym jakość życia zwykłych obywateli. Nie budzi to najmniejszych wątpliwości, pod tym jednak warunkiem, że kampania ta będzie przebiegała na odpowiednim poziomie i zgodnie z zachowaniem pewnych powszechnie uznawanych standardów. Mając to zastrzeżenie na uwadze, trudno mówić mi o polskiej kampanii prezydenckiej. Plucie na siebie, nieuczciwa walka i wzajemne przepychanki – te słowa chyba nieco bardziej opisują zjawiska toczące się na naszej scenie politycznej, których od ostatniego czasu jesteśmy świadkami. A raczej mamy to nieszczęście nimi być.

urna_wyborcza_550

Mogłoby się wydawać, że zaskakujący wynik głosowania w pierwszej turze da do myślenia. Że uświadomi czołowym politykom w państwie popełniane przezeń błędy i konsekwencje, jakie ich za nie czekają. Jak się jednak okazuje, głos suwerena po raz kolejny został zignorowany, albo osoby pretendujące do najważniejszego urzędu w państwie nie umieją, bądź nie chcą wyciągać żadnych wniosków. Bo fakt, że wyborcy tak dużym zaufaniem obdarzyli kandydata otwarcie krytykującego system i wyciągającego wszystkie jego patologie bynajmniej przypadkiem nie jest. Zastanawiacie się teraz, drodzy kandydaci, skąd takie poparcie dla opozycyjnego muzyka? Odpowiedź jest prosta. Ludzie najzwyczajniej w świecie mają dość waszej zabawy w politykę i nieustannego śmiania im się prosto w twarz! A ta kampania do niczego innego się nie sprowadza. Bo rzucanie kolejnymi obietnicami bez pokrycia, których z założenia zrealizować się nie da, a przynajmniej w najbliższej pespektywie, jest niczym innym jak kpiną i traktowaniem Polaków jak naiwne dzieci, które można udobruchać pięknymi błyskotkami, które w środku wypełnione są zepsuciem i zgnilizną. Być może lubicie bawić się w czarodziejów, ale wyborców tym koncertem życzeń już nie omamicie.

Dlaczego jeszcze Polacy w tak dużej części zaufali Kukizowi? Bo mają już dość polityki dwóch głównych partii, sprowadzającej się do wzajemnego opluwania się i wytykania sobie błędów. Co na to pochodzący z nich reprezentanci? Dolewają jeszcze więcej oliwy do ognia. Żeby zaostrzyć atmosferę. Niech będzie gorąco – a co! Konsekwentnie realizując obraną taktykę, merytoryczne dyskusje zastępują wzajemnym przekrzykiwaniem się w tym, kto więcej i większe popełnił błędy, kto zmarnował jakie okazje, a kto musiał je później naprawiać. Głoszą górnolotne hasła o zgodzie i jedności, a z premedytacją dzielą Polaków i te podziały zaostrzają, budując swoje jedyne słuszne wizje zbawienia Polski na mowie ciągłej podejrzliwości i nienawiści. Szkoda, że tej konsekwencji brakuje w realizowaniu obietnic, tak szczodrze i wspaniałomyślnie składanych przy każdej nadarzającej się okazji.

Być może to 34,76% i 33,77% satysfakcjonuje. Ale nie zapominajmy, że nie jest to wynik w skali całego kraju, a przy frekwencji niesięgającej nawet 50%. Po przeliczeniu, obydwaj kandydaci nie otrzymaliby nawet 20% poparcia. Już nie tak dużo, co? Nie wmawiajcie nam więc, że macie legitymację do sprawowania władzy, bo większość Polaków wam nie ufa i nie chce wam jej powierzyć. Oto, do czego doprowadziły kolejne lata rządów nieustannie kłócących się „elit”. Ludzie najzwyczajniej mają dość brudnej polityki. I nie wmawiajmy sobie, że chodzi o jakieś JOWy. Nie wmawiajmy sobie, że wyborcy kierują się w tej kampanii projektami zmiany ordynacji wyborczej, czy konstytucji. Przeciętni obywatele domagają się odpowiedzi na pytania jak żyć, gdy nie ma pracy, gdy nie ma za co wyprawić dzieci do szkoły, nie mówiąc o zapewnieniu im chociaż podstawowego dostępu do sfery kultury. A tej konkretnej odpowiedzi od głównych kandydatów nie dostają. Dlatego mam już dość tej płytkiej polityki. Mam już dość tych jałowych debat, a raczej nawzajem następujących po sobie rund wykrzykiwania pustych haseł, dla których słowo „debata” jest użyte jak najbardziej na wyrost.  Mam dość obniżania poziomu polskiej sceny politycznej, która już od dawna kurczowo trzyma się dna, a jeśli się podnosi to tylko po to, by wyrwać stołki przeciwnikom. Zatem uważajcie, drodzy politycy,  bo niedługo zabraknie wam widowni i nie będzie dla kogo odgrywać tak ukochanego przez was spektaklu.

Czy Ją kochasz? Kocham szczerze. A w co wierzysz?

Paulo Coelho powiedział kiedyś bardzo mądre słowa. Być może kontrowersyjne, być może zbyt wyidealizowane. Zdaje się jednak, że w pełni oddają istotę zagadnienia, o którym traktują. „Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości”.  
Kocham Polskę. Kocham moją Ojczyznę. Ale…?

A_Map_of_Womans_Heart

My, Polacy, przyzwyczailiśmy się do nieustannego stawiania tego słowa. Zawsze musi być jakieś „ale”, zawsze trzeba być czujnym i podejrzliwym, wszędzie  trzeba doszukiwać się śladów podstępu, bo przecież każdy z pewnością chce nas oszukać. Wydaje się, że takie wartości jak szczerość czy bezinteresowność dziś dla wielu odchodzą do lamusa, stanowią element zamierzchłej tradycji, którą trzeba pogrzebać. Jak bezużyteczne i bezproduktywne wytwory uboczne postępu. Trzeba iść  przecież z duchem czasu! XXI wiek, inna rzeczywistość, liczy się to, co tu i teraz. Tradycja? Dziedzictwo narodowe? Na co to komu potrzebne…

Współcześnie mamy do czynienia z dziwną modą na nowoczesność. Modą, która nakazuje nam gloryfikować wszystko, co nowe, szybkie, łatwe. Jednocześnie modą, która cierpi na szczególnie uciążliwy kompleks narodowy, bezmyślnie zwracając się ku obcym kulturom, błyskotkom, którymi mamią populistyczne, banalne frazesy uniwersalnego świata. Żyjemy przecież w Unii Europejskiej, społeczeństwie masowym, jednej wielkiej globalnej wiosce. Tu wszyscy jesteśmy równi. Tacy sami. Wszelka różnorodność jest niepożądana, ba! nawet piętnowana. Przejmujemy amerykańskie święta i zwyczaje, do kanonu bestsellerów wprowadzamy amerykańskie lektury, w kinach szukamy francuskich komedii, słuchamy angielskich piosenek, raczymy gości włoską kuchnią. A duch polskości w samotności roni gorzkie łzy zapomnienia…

Dobrze jest mówić, że kocha się Ojczyznę. Brzmi to tak dumnie! Podnosi w oczach innych do rangi porządnych, praworządnych obywateli. Kochamy Polskę szczególnie, gdy czegoś nam od niej potrzeba. Kochamy, więc mamy prawa. A obowiązki? Wywiesimy flagę na większą uroczystość, odśpiewamy Mazurka, może nawet w swych modłach westchniemy czasem za „wielką, dumną Polską”. Łatwa ta miłość.  Miłość zmieniająca tak bardzo przez nas pożądany patos w śmieszne, fałszywe i dawno przereklamowane slogany. Patriotyzm wielkich słów, który pod piękną, dumną okładką, pieczołowicie skrywa ogromną pustkę, bezdźwięcznie odbijającą echem podniośle używane frazesy.

Ten, kto prawdziwie kocha – nie wstydzi się. Nie ukrywa miłości lecz pragnie dzielić się nią z innymi. Zastanówmy się więc nad tym, co mówimy i o co nam właściwie chodzi. I czy rzeczywiście za naszymi słowami idzie potwierdzająca je postawa, czy wciąż pozostają tylko pustymi frazesami. Tak bardzo dzisiaj modnymi. Naród bez tradycji jest jak dusza bez treści. Mimo, iż z pozoru może najpiękniejszy i zaślepiający rażącymi błyskotkami, w środku pusty i skazany  na powolne wygasanie. Naród bez własnej kultury jest jak drzewo bez korzeni. Wrażliwy na każdy większy podmuch, który coraz bardziej pochyla je ku ziemi. Nasza Ojczyzna przechodziła zmienne koleje losu, posiada przykre doświadczenia, od których bardzo wielu pragnie się definitywnie odciąć. Mamy jednak również coś, czego inni słusznie mogą nam zazdrościć. Skarb, w obronie którego wielu naszych rodaków oddało życie. Skarb, który otrzymaliśmy za darmo, lecz nie bezinteresownie – naszym zadaniem jest jego pomnażanie i przekazanie potomnym. Skarb, któremu na imię dziedzictwo narodowe. Tożsamość, tradycja, kultura.

Być może niejednemu nasuwają się w tym momencie słowa przepięknego wiersza Wisławy Szymborskiej:
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć,
Miniesz – a więc to jest piękne.

Ale czy aby na pewno wartości, które od wieków stanowiły o naszej polskości, wydobywały i eksponowały w niej najpiękniejsze przymioty, muszą w zapomnieniu przeminąć wraz z nieubłagalnie upływającym czasem?

Miałeś chamie złoty róg…

Rozgromiliśmy potęgę Zakonu Krzyżackiego na polach grunwaldzkich. Ochroniliśmy całą chrześcijańską Europę przed turecką nawałą, skutecznie zmuszając Imperium Osmańskie do porzucenia imperialistycznych zapędów na rzecz odbudowy strat poniesionych walecznością polskiego oręża. Nadstawiliśmy własny kark, hamując inwazję stalinizmu oraz zamykając komunistycznej propagandzie drogę do całej Europy. Dziś nie umiemy obronić własnego dobrego imienia.

Archiwalia_Stanczyk

Dbałość o własne interesy wydaje się być jedną z naturalnych cech charakteryzujących naturę człowieka. Nie chodzi tu bynajmniej o przypisywanie wszystkim wokoło jak najniższych, egoistycznych pobudek. Jest to jednak pewien element podświadomości, który może postępować, bądź wręcz przeciwnie, w zależności od indywidualnych wyborów. Zazwyczaj staramy się też przedstawić innym w jak najlepszym świetle – dbamy, czasami nadmiernie, o swój fronton, gramy, zakładamy maski, posługujemy się repertuarem kontrolowania wrażeń. Byle tylko rzucić na siebie jak najlepsze światło. Wydawać by się mogło, że przeniesienie tych zabiegów na większe zbiorowości, w których się angażujemy, jest czymś zupełnie naturalnym. Należąc do społeczności chciałabym, aby miała ona jak najlepszy prestiż u innych. Jak pokazuje doświadczenie – mam chyba jednak zbyt wygórowane wymagania. A przynajmniej wyraźnie zbaczają one z kierunku polityki zagranicznej, obranej przez naszych rządzących i mijają się z jej celami. Jeżeli w ogóle można znaleźć w niej jakiś cel.

„Koncentrujmy się na tym, co tu i teraz”. „Nie można wciąż żyć historią”. „Liczy się przede wszystkim interes narodowy. Racja stanu”. Ale czy naprawdę interesem naszego narodu jest służalczość i klękanie przed każdym, kto perswazyjnie o to poprosi? Nieco dziwny ten nasz interes. Interes, w imię którego bardziej dba się o obcą młodzież, niż o zapewnienie własnym obywatelom szans rozwojowych i możliwości godnego startu w dorosłe życie. Ale co tam, trzeba patrzeć górnolotnie! Rozwijanie współpracy zagranicznej, wspaniałomyślna pomoc biednym, prześladowanym sąsiadom, przełamywanie wszelkich uprzedzeń i postawionych historycznie barier – to są wartości, które teraz się liczą. A że nie są one w żaden sposób odwzajemnione i spotykają się z biernym oporem drugiej strony – no cóż, ktoś musi się poświęcić!

Równie ważnym interesem III RP jest próba zatarcia przykrych doświadczeń tragicznych wydarzeń wojennych sprzed kilkudziesięciu lat i budowanie porozumienia z narodem żydowskim. Bardzo szlachetnie. Szkoda tylko, że musimy robić to własnym kosztem. Kosztem pracy ojców, którzy odbierają dzieciom chleb od ust, żeby wypłacić odszkodowania potomkom ofiar Holocaustu. Są pokrzywdzeni – jest kara. To, że wina leży nieco bardziej na zachód – nie szkodzi. Tego wymaga dyplomacja! Szkoda tylko, że nie umie ona stawić skutecznego oporu paradoksalnym pomówieniom o zbrodnie, których sami padliśmy ofiarą. Którym nasi rodacy własną krwią próbowali zapobiegnąć. Szkoda, że nie pamięta ile polskich rodzin zostało zamordowanych przez nazistów za udzielanie pomocy żydowskim prześladowanym. Szkoda, że nie jest równie skuteczna w domaganiu się o rekompensatę własnych szkód. No ale czego się nie zrobi dla dobrych relacji z innymi!

Jeszcze nie tak dawno potrafiliśmy skutecznie hamować imperialne dążenia wschodniego sąsiada, buntując się przeciwko jakimkolwiek próbom ograniczenia wolności czy narzucenia własnej dominacji. Dzisiaj, w warunkach „pokojowych”, nie umiemy dojść bezsprzecznego prawa do przeprowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy, w której poległy najważniejsze osoby dla naszego bytu państwowego. Oddajemy problem w ręce kogoś, komu – łagodnie mówiąc – bynajmniej nie zależy na jego rozwiązaniu. Liczy się terytorium katastrofy. Uczestnicy? Kto by się tym przejmował…

Oto jak przebiega główny kierunek polityki zagranicznej niezależnej, suwerennej III Rzeczpospolitej. Wstydliwie chodzić na kolanach pośród nadętych pychą i zakłamaniem. Przepraszać za narzucone i urojone winy. Błądzić, mimo iż krwią przetarte szlaki. Odgrywaliśmy znaczącą rolę w Europie. Dziś ta Europa zredukowała nasze chlubne oręże do roli rycerzyka, wymachującego na zawołanie szabelką przed armią tytanów i schylającego się z pokorą po każdą zrzuconą pogardliwie rękawicę. Ale nie budźmy się z tego snu, drodzy Rodacy! Trwajmy dalej w marazmie i śnijmy o wielkiej Polsce – dziedzictwie pozostawionym nam przez przodków. A gdy się obudzimy przyjdzie chochoł i po raz kolejny zahipnotyzowani zatańczymy tak, jak nam zagra.

Wierzący praktykujący? Nie, dziękuję

Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. 

Tak dumnie głosi artykuł 53. Konstytucji RP. Dzięki tym słowom możemy swobodnie i bez przeszkód rozwijać swoje poglądy religijne. Ba! Moc tych paragrafów uprawnia nas również do swobodnego głoszenia przykazań wiary oraz kierowania się nimi zarówno w życiu prywatnym, jak i w sferze publicznej, z czym w zasadzie nie powinno być problemu, gdy większość Polaków deklaruje czynną wiarę, dumnie mieniąc się katolikami. Pełna zgoda i zrozumienie…
Teorii byłoby na tyle.

Polska nie jest państwem wyznaniowym. Nie jest także państwem totalitarnym, w którym pozbawiona jakichkolwiek granic i zahamowań indoktrynacja wkracza z buciorami w życie obywateli, nakazując im wierzyć, a przynajmniej głosić, takie czy inne wyznanie. W dzisiejszej rzeczywistości narzędzie to ma do odegrania inną funkcję, ale nie o tym mowa.
Wydaje się, że jedyny stosunek, na jaki można wskazać w relacjach Państwo – Kościół, to zapewnienie przez to pierwsze odpowiednich warunków swoich obywatelom do swobodnego wyznawania wiary oraz postępowania zgodnie ze swoim sumieniem. Bez jakichkolwiek nacisków, dyskryminacji, upokorzeń z tej racji. Oficjalnie. Tak nakazuje Konstytucja. Przyglądając się praktyce nasuwa się jednak niemal automatycznie refleksja – czy umieszczenie takiego artykułu w ustawie zasadniczej było spowodowane utopijną wizją rzeczywistości? Bezkrytyczną wiarą? Nadzieją?  A może chodziło o wywołanie efektu psychologicznego – jakoby zapisanie czegoś w konstytucji miało skłonić obywateli do pożądanych zachowań? Jeśli tak, to niestety, nie wyszło. Przykro, drodzy ustawodawcy, najwyraźniej minęliście się z rzeczywistością.

Praktyka coraz wyraźniej pokazuje, że artykuł zapewniający wolność wyznania jest dziś w zasadzie piękną zbitką słów, ubogacającą konstytucję. I w zasadzie tyle. Bo sytuacja, w której zabrania się noszenia „biżuterii” w kancelarii osoby pełniącej najważniejszą funkcję w państwie, zdejmowanie krzyży z placówek oświatowych i instytucji, wszechobecna nagonka na Kościół – bynajmniej zdają się nieco odbiegać od owych gwarancji. A rozpaczliwe próby usunięcia ze szkół lekcji religii? Aż tak rażąco godzi to w uczucia religijne mniejszości? Ach no tak, zapomniałabym – przecież jest kryzys! Cięcia, redukcje, oszczędności. Koszty związane z finansowaniem katechez z pewnością znacznie zasilą budżet państwa, pozwolą mu przełamać impas i podźwignąć w końcu z dołka ciemności i zacofania światopoglądowego. Z czegoś przecież trzeba opłacać lekcje wychowania seksualnego. Dzieci muszą być świadome! Perswazyjna argumentacja zalet in – vitro i bezdyskusyjna konieczność zapewnienia mu miejsca w polskiej rzeczywistości, przedstawiona przez prezydenta przedszkolakom, jest najdoskonalszym przykładem troski głowy państwa o najmłodszych obywateli. Trzeba przecież dbać o przyszły elektorat. Najwygodniejszy. Dzieci przynajmniej nie przerwą tej próby mądrych dywagacji.

Przeważająca większość polityków deklaruje wiarę katolicką. Stąd oczywiście prorodzinna polityka rządu, która za cel obiera sobie ochronę życia ludzkiego. Cóż za patos! Żeby jednak nie było zbyt standardowo, jak to z oklepanymi tematami bywa, do realizacji tej sztandarowej niemal tezy nasza „elita” obrała niestandardowe metody. W ich to ramach na przykład przeprowadza się zmasowioną nagonkę na lekarza, który nie chce zabić nienarodzonego dziecka. To nic, że nie chciał on mieć udziału w zamordowaniu niewinnej, bezbronnej istoty i próbował przekonać do tego jej rodziców. To nic, że postępował zgodnie z klauzulą sumienia i wiarą, która nakazywała mu bronić podstawową wartość, jaką jest życie. To nic, że większość społeczeństwa polskiego deklaruje wiarę katolicką, wyraźnie zakazującą stosowania takich praktyk. Odważył się kierować przykazaniem religijnym, więc dostał za swoje. A że w międzyczasie trzeba było zatrzeć jakoś aferę taśmową – sytuacja idealna!

Pod jeden dywan zamieciono wszystkie brudy. I jest pięknie. Problem tylko z tym, że bez końca tego czynić się nie da. Z czasem i dywan przesiąknie brudem, a wtedy już nie sposób nic ukryć. Ale spokojnie, drodzy rządzący, niczym się nie przejmujcie. Wasza wiara nakazuje miłosierdzie, ludzie wam wszystko przebaczą. W końcu taki mają z was przykład – wyrozumiałości, empatii, szacunku do innych. Życie toczy się dalej. Nie ma co zawracać sobie głowy jakimiś skargami, rozpaczliwymi krzykami, wołaniem o pomoc. W końcu każdy musi dźwigać swój krzyż, prawda? Wy róbcie swoje, a w Wielkanoc udajcie się ze święconką do kościoła, weźcie udział w ważnych, nagłośnionych uroczystościach religijnych – najlepiej z udziałem wielu dziennikarzy, coby mogli pokazać niegodnym grzesznikom świadectwo waszej wiary, w sondażach deklarujcie pełną wierność katolickim korzeniom, stanowiącym tak ważny przecież fundament polskości. Tak, żeby następnym razem Polska zajęła pierwsze miejsce w europejskich rankingach.

0906_Bandera_Marynarki_Wojennej_RP_ORP_Toruń

W niewoli wolności

Zobaczyłam nagle w końcu wolną po tylu latach ucisku Polskę. Polskę obywateli, nie rządzących. Polskę troskliwie dbającą o Polaków, niczym matka czule podnosząca potykające się na niełatwej ścieżce życia dzieci, ale i zdecydowanie broniąca ich przed czyhającym z zewnątrz niebezpieczeństwem.  Polskę rządzącą się wartościami katolickimi, na których wyrosła, kultywującą pamięć o Bohaterach, dzięki którym mogła się odrodzić, kierującą się zasadami sprawiedliwości, empatii, zrozumienia. Tak, przebudzenie było nadzwyczaj bolesne.

Obraz rzeczywistości wydaje się nieco inny. Żyjemy w kraju, który 76 lat temu zapomniał czym jest wolność. Teza ta – odważna, być  może wywoła wiele kontrowersji i mieszanych uczuć. Niestety, nie potrzeba tu pogłębionych analiz, aby dojść do tej pesymistycznej diagnozy.

Wolność państwa przejawia się w kilku aspektach. W czystej postaci. Jak to wygląda u nas? Zobaczmy na ekonomię. Zaznaczę na wstępie, że nie posiadam specjalistycznej wiedzy w tej dziedzinie, nie poczuwam się do formułowania demagogicznych sądów, obnażających patologie konkretnych grup czy przedsiębiorstw. Nie zamierzam szokować ogromnymi liczbami, wykresami, czy statystykami. Chciałabym jedynie zwrócić uwagę na pewne zjawiska, których ignorować nie można.
Czy krępowanie obywatelom rąk łańcuchami ogromnej piramidy podatkowej, rozbudowaną do niebotycznych rozmiarów biurokracją, paradoksalnymi kosztami ściąganymi niemal od wszystkiego – wspiera przedsiębiorczość? Czy wspomaga to wzrost gospodarczy, daje solidne podstawy do budowania mocnej pozycji zarówno wewnątrz, jak i wśród innych graczy międzynarodowych?
Tak, z pewnością umacnia pozycję – ale indywidualnych pionków, nieudolnie pretendujących do roli gospodarzy, ustalających zasady gry. Szkoda tylko, że te ekskluzywne zagrywki sponsorują zwykli obywatele, zmuszeni przez to do coraz mocniejszego zaciskania pasa i zaciągania kolejnych kredytów. No ale tak powinni czynić praworządni obywatele, dla ojczyzny!
Przedstawiciele wąskiego kręgu  wzajemnej adoracji muszą przecież jakoś wyglądać – złote zegarki, kosztowne kampanie, podróżowanie samolotami po kraju. Tak trzeba.

„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara (…)” – wszak nakazuje tak nawet Biblia Święta! To co – panowie rządzący – może jakiś podatek od powietrza? Każdy oddycha, zabiera tak ważny dla życia element państwa, bezczelnie w dodatku oddając szkodliwy dwutlenek węgla. Za szkodę należy się odszkodowanie! Jak to nie przejdzie, puści się jakąś bajkę o wymieraniu roślin, czy coś w tym stylu – przecież widz w Polsce nie wybacza, gdy się go traktuje poważnie.
Dług publiczny? Kto by się przejmował jakimiś zmieniającymi się w szaleńczym tempie cyferkami? Ostatnio staliśmy się bardziej produktywni i chętni do pracy. Do 67. roku życia. Jakoś damy radę. Nie my, spłacą go nasze dzieci. Spokojna głowa!

Wolne państwo zwykle jest praworządne. Czego funkcjonariuszom publicznym nie dozwala ustawa, jest im zabronione. Wszystko to mogą zaś obywatele, czego pilnować mają odpowiednie organy, powołane w celu strzeżenia bezpieczeństwa i pokoju publicznego. Polska jest krajem, gdzie bezkarnie łamie się prawo. Przepraszam – gdzie poszczególne osoby mogą to czynić. Zbyt surowo? Niestety, prawdziwie. Bo państwa, w którym niemających na chleb obywateli stawia się przed sądem za kradzież wartych kilkanaście złotych produktów do zjedzenia, podczas gdy marnotrawienie publicznych pieniędzy pozostaje  w granicach chronionych immunitetem, sprawiedliwym nazwać nie można. Mamy też prawo do strajków i manifestacji. Jak one się kończą? Potraktowaniem protestujących gazem i zatrzymaniami. Wszak to zaburzenie porządku publicznego!  Nie narzekajmy więc, że mamy tak niski poziom społeczeństwa obywatelskiego. Nie dziwmy się bierności  i niechęci do jakichkolwiek inicjatyw. „Nie podoba ci się? Wyjdź na ulicę”. Co za odważne słowa. Szkoda tylko, że za nimi nic tak naprawdę się nie kryje. Bo o ile jesteśmy młodzi, samodzielnie dysponujemy swoim życiem, pewnie  nietrudno nam o tak radykalne zachowania. Co ma jednak zrobić ojciec, mający na utrzymaniu rodzinę, zobowiązany do tego, aby codziennie dać dzieciom jeść, wyprawić je do szkoły, najlepiej jeszcze zapewnić wszechstronny dostęp do kultury i zagraniczne wakacje, gdyż w innym przypadku może być oskarżony o zaniedbanie? Czy rzeczywiście może sobie w takiej sytuacji pozwolić na to, aby ryzykować zwolnieniem z pracy, która daje mu źródło przeżycia?

Nie dajmy się więc omamić wszechobecnej propagandzie, podkładającej kłody chodzącym na rękach. Bierność bardzo często wynika nie z ignorancji lecz jest starannie wyreżyserowana przez odgrywających główne role. Z konkurencją przecież trzeba walczyć, wszelkie chwyty dozwolone! Oficjalne stanowisko? Umywamy rączki. Konstytucja gwarantuje wolność, to, że nieświadomi obywatele z niej nie korzystają – no cóż.

„Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” – tak dumnie głosi art. 54 par. 1. aktualnie obowiązującej Konstytucji. Artykuł wcześniejszy zapewnia również wolność sumienia i wyznania. Szkoda, że słowa te pięknie figurują jedynie na papierze. W praktyce nie niosą za sobą już tak wielkiej mocy. Na cóż mi bowiem wolność sumienia, skoro nie mogę publicznie się do niej stosować? W niedalekiej przeszłości byliśmy świadkami burzliwej dyskusji na temat kontrowersyjnego tematu klauzuli sumienia. Czyż nie jest ona zaprzeczeniem owego zapisu konstytucyjnego? Okazuje się, że sprawa nie jest tak oczywista. Ba, więcej. Już nie tylko za próby dochodzenia swoich konstytucyjnie zagwarantowanych praw, ale i ochrony życia ludzkiego, można stać się obiektem krytyki i potępienia społecznego. Podobnie, gdy odważymy się przyznać do swoich patriotycznych poglądów oraz wiary katolickiej – faszyści, dewoci, cebulaki!
Gdzie więc ta wolność? Może to mi, zwykłemu człowiekowi, nie jest dane jej dostrzec. Już wiem!  Mamy zagwarantowaną wolność głoszenia jedynych, słusznych poglądów. Jakieś analogie?

Oto właśnie nasza wolność. „Nie o taką Polskę walczyłem” – te coraz częściej padające słowa streszczają ją najlepiej. Ale w zasadzie, czego więcej można oczekiwać? Uwolniliśmy się z jarzma zaborców, oficjalnie próbujemy kreować się na niezależne i suwerenne państwo, posiadamy wreszcie demokratyczną konstytucję. Czy aby jakieś postulaty dodatkowo nie stanowią zbyt dużych wymagań? Nieważne jak wygląda praktyka, mamy wolność! Cudowne 25 lat! Wszelkie brudy zatrze efektywny spot – w taki sposób buduje się nowoczesne państwa. Kupa kamieni już jest, główny budowniczy zarządza z samej Europy. Piękna przykrywka. Mam tylko nadzieję, że za kilka lat nie będziemy musieli powtarzać za poetą Kaczmarskiego:
„A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…”